Dobrze jest być takim ojcem-mistrzem jak Joda z "Gwiezdnych Wojen". On nie ochrzaniał Luke'a, że nie umie, używając mocy, podnieść statku z bagna - tylko tak nim pokierował, że Luke był do tego zdolny, nauczył się tego.

wtorek, 19 stycznia 2016

74. Klepsydra

Poza tym, że Domik nie pałą miłością zanadto do przedszkola (tzn. co rano pyta, czy on idzie do przedszkola, i w zależności od dnia w różnej formie wyraża swój sprzeciw - mniej lub bardziej dramatycznie :D), w zakresie codziennych bojów jakiś czas temu doszło nam mycie się. 

Tzn. nie tyle może samo mycie się - co zmobilizowanie i doprowadzenie do tego, aby młodzież teleportowała się do łazienki i raczyła wziąć udział w ablucjach wieczornych. 

Czy Domik się nie lubi myć? Bynajmniej, w mojej ocenie uwielbia. Więc o co chodzi? Nie mam pojęcia, tak po prostu. Taki już ma charakter - zresztą, w dużej mierze po piszącym te słowa, nie da się ukryć...

Ale znaleźliśmy bardzo prosty sposób, jak temu zaradzić i zmotywować młodego do sprężania się.


Klepsydra. Taka zwykła, zabawkowa wręcz, lekko gumowa po bokach. 

Wystarczy zachęcić i przedstawić całość wieczornych czynności związanych z myciem jako zabawę - wyścig, aby zdążyć się rozebrać, umyć i ubrać, zanim piasek nie zostanie przesypany w klepsydrze. 

Nie dość, że kupa radochy, to i Domik się uczy dość sprawnie działać - co w jego przypadku na pewno wyjdzie na zdrowie, jako że dziecię rozgadane niesamowicie jest, co przekłada się raczej negatywnie na tempo wykonywania przez niego czegokolwiek (niespełna pięciolatki raczej nie mają podzielnej nijak uwagi). 

Ja polecam ten patent :)

sobota, 9 stycznia 2016

73. Prezenty

Jaka jest zasadnicza różnica pomiędzy szałem przedświątecznym osoby samotnej/pozostającej w związku, ale bez latorośli, a posiadającej potomstwo? Ano w mojej ocenie to, ile wysiłku i inwencji należy włożyć w to, aby pociesze swojej zapewnić adekwatne do oczekiwań upominki świąteczne.

Pomijam tu kwestię tego, jak w jakim domu się autora tychże prezentów określa - Świętego Mikołaja (jak u nas), Gwiazdora, Dziadka Mroza (jak w poprzedniej epoce za jedynego słusznego systemu, którego dzieci nasze nie znają, bo nie mają jak). Ja nie widzę niczego niestosownego w tym, że dziecko żyje do pewnego momentu w przekonaniu, że jest taki właśnie wesoły i pozytywny starszy człowiek na czerwono ubrany, którym wszystkim przynosi pod choinkę fajne rzeczy. Bez konieczności przebierania kogoś z domowników za takowego - co było by z góry skazane na porażkę i bez sensu, jako że Domik od razu by każdego rozpoznał. Poza tym, utożsamianie prezentów z Mikołajem w mojej ocenie nie uwłacza i nie przeszkadza w przeżywaniu tych świąt w klimacie religijnym, związanym z wiarą chrześcijańską. 

Dominik - o czym już pisałem - od czasu Mikołajek, kiedy znalazł pewne drobiazgi w butach i nie tylko, średnio tak raz na 2 dni podejmował później próby powiększenia swojego stanu posiadania: szukał kolejnych prezentów, pytając wytrwale, czy Mikołaj mu coś do buta przyniósł, i nie kryjąc rozczarowania na moją odpowiedź (konsekwentnie tę samą), że Mikołaj do buta to owszem, ale tylko raz w roku, więc jeszcze się musi uzbroić w cierpliwość; a i do wigilii onegdaj nieco czasu pozostało. Heh, klimat świąt, nie ma co :)

My logistykę świąteczną - na moje wyraźne naciski i solenne zapewnienie, że nie zamierzam czegokolwiek szukać na ostatnią chwilę i ganiać po sklepach - ustaliliśmy już pod koniec listopada. Było to o tyle skomplikowane, że - jako radośni pracownicy budżetówki zostaliśmy uszczęśliwieni bonami, które trzeba było jakoś spożytkować (w tym sensie, żeby nie kupić wszystkim prezentów z neta, bo na to pójdzie gotówka, a na prezenty co do zasady miała być kasa w bonach). Jakoś tam udało się to pogodzić i zorganizować. Choć do dzisiaj nie rozumiem, jaki jest celu wręczania pracownikom jakichkolwiek innych bonów niż wszechobecnych i wszędzie, gdzie jakiekolwiek bony są honorowane, akceptowanych bonów Sodexo - i tak na przykład, jak to było u Natuszki, bonów do... Tesco :|

Ad rem, jak to mówią - w tym roku Dominik załapał się na:
  1. zestaw Hot Wheels z serii tzw. ścianowców o numerku X9321 - kapitalna sprawa, trasa nie zajmująca miejsca na podłodze, bowiem montowana na ścianie w naprawdę (nawet jak dla osoby tak akonstrukcyjnej jak ja) banalny sposób; szkoda, że nie piszą, że "batteries not included" i wynika to dopiero z instrukcji w środku - cóż, od czego są całodobowe stacje benzynowe; świetna zabawa, niesamowita precyzja i zmyślność wykonania; Domikowi też :P się podoba
  2. klocki Cobi Qixels - strasznie ciekawa sprawa: tacka, małe kosteczki (za małe jak na moje paluchy), a do tego pistolecik na wodę; sklejasz toto wg wzoru albo własnego pomysłu, po czym wystarczy pistolecikiem na wodę opryskać solidnie całość, a po pół godzinie jest to połączone trwale; mój jedyny problem - serio, do dzisiaj - to jak te klocki rozłączyć? bo pojęcia nie mam a rozumiem, że to jest wielokrotnego użytku
  3. gra Operacja - pewnie każdy widział to w sklepie z zabawkami czy markecie; fajna rzecz, typowo zręcznościowa: przy pomocy małych szczypców musisz powyciągać z planszy plastikowe, hm, ciała obce, które należy usunąć z ciała pacjenta; dowcip polega na tym, że nie można szczypcami dotknąć ramki zagłębienia, w której znajduje się dana rzecz, ponieważ wtedy wszystko piszcz i świeci się nos pacjenta, a osoba traci kolejkę
  4. gra Chicken Bonanza - kolejna zręcznościówka z ciekawym pomysłem i co do zasady fajna; niestety, chyba trafiliśmy na jakiś trefny egzemplarz; chodzi o to, aby w zanim rzeczony kurnik wystrzeli w powietrze, posadowić na nim jak najwięcej kur - tylko jak to zrobić, kiedy po 3-4 grach wystrzela on w górę po jakiś 5-12 sekundach? czyli zanim ktokolwiek zdąży wykonać jakikolwiek ruch :/
  5. figurka dinozaura Arlo - bo poszliśmy, nieopatrznie, na początku grudnia na "Dobrego dinozaura" do kina (wg mnie film średnio dla małych dzieci), i Domik zażyczył sobie figurki głównego bohatera
  6. ryczący i jadący samodzielnie dinozaur - bo dinozaury są po prostu fajne i Domik ostatnio preferuje właśnie taką zabawę :)
Poza tymi prezentami zrealizowanymi - chyba nic nie przeoczyłem? - przewijało się także sporo pomysłów, które ostatecznie poległy. W tym dość często różnej maści zestawy klocków Lego, którymi mały się coraz bardziej interesuje. Ja z dzieciństwa wspominam zabawę nimi świetnie, fajnie można ćwiczyć pomysłowość i wyobraźnię (i do dzisiaj pluję w brodę, że w pewnym momencie je po prostu wywaliliśmy, jak z bratem z nich wyrośliśmy...) - ale ceny, o ile w ogóle to z AlleDrogo czy innych internetów, po prostu powalają; o sklepowych nie wspominam. Rozumiem, cenią się - ale 200 zł za średni zestaw klocków? Przed świętami za to przetestowaliśmy polski odpowiednik (zresztą pasujące do Lego) czyli klocki Cobi - do Biedronki rzucili zestawy m.in. z Pingwinów z Madagaskaru. Jest to całkiem dobra alternatywa, jednakże po zabawie mogę powiedzieć, że wyczuwalna jest inna jakość produkcji i materiałów, z których klocki powstały - Domik miał problem ze złączeniem, a przede wszystkim rozdzieleniem klocków Cobi, w których spasowywanie i rozdzielanie trzeba było włożyć sporo wysiłku. Ale, jak nie patrzeć - produkt polski i wypada wspierać.

Uświadomienie sobie przez Dominiczka, że "Mikołaj musi wiedzieć, jakie byś prezenty chciał dostać na święta" miało jeszcze ten efekt uboczny, że w praktyce przy 99% reklam, kiedy oglądał sobie jakąś bajkę, wołał jedno z nas.oboje tylko po to, żeby wyrecytować, że "on by chciał...", żywo gestykulując w kierunku telewizora, czasami nie potrafiąc nawet wymówić nazwy danej zabawki. Trochę wody upłynęło, zanim uświadomiliśmy mu, że to nie jest tak, że Mikołaj wszystko przyniesie, każdą zabawkę. Tu mnie zaskoczył dojrzałością - serio - bo przyjął to z dużą dozą zrozumienia. 

A prezenty, które dostał, sprawiły i sprawiają mu sporo frajdy :) 

niedziela, 20 grudnia 2015

72. Przedświątecznie

Jak tam u Was przed świętami?

Zacznę od Mikołajek. Wychodzimy z założenia - u nas tak było w domach, obydwojga - że to nie taka druga wigilia i pretekst do obdarowania dziecka Bóg wie jaką ilością prezentów, ale coś fajnego, jednak symbolicznego plus słodkości (u Domika w małej ilości - generalnie, jak się obje czekolady, to bywa różnie). Zabawa była rano - napisaliśmy mu karteczkę, żeby szukał w mieszkaniu prezentów - że niby od Mikołaja - w sumie bez znaczenia, skoro nie umie czytać :) Chodziło o to, że prezenty się nie zmieściły by gabarytowo do żadnego buta. Znalazł bezbłędnie i bardzo szybko :) 

Potem kwestia świąt ucichła jakby - poza tym, że przy każdej reklamie w TV jest "maamaaaa/taaaata, a kupis mi... [wstaw daną zabawkę]". Heh...

Aż do wczoraj - kiedy przywieźliśmy choinkę. Pierwszy raz nie taka ok. 2-metrowa, ale mniejsza, ok. 1,7 m. Ale za to jaka ładna, symetryczna, rozłożysta. Teściowie poratowali małym stoliczkiem, na którym stanęła. Muszę powiedzieć, że jestem dumny z małego - po raz pierwszy nam naprawdę pomagał, a nie przeszkadzał. Widać było, że się zastanawiał, dobierał bombki (jak dobrze, że mamy odporne chyba na wszystko plastiki - nie ma strachu, jak coś pęknie, że ktoś sobie wbije garść odłamków szklanych w rękę), i bardzo się wczuł, czując że jest ważny i potrzebny. Poszło w sumie całkiem sprawnie. Potem jeszcze zamontowaliśmy mu własne ledowe lampki w pokoju - w sumie, nie trzeba lampy zwykłej włączać, tak jasno się zrobiło :)




A pomiędzy szałem zakupowym przedświątecznego żarcia - tak, wigilia jest u nas (teściowie, my z Domikiem plus szwagrostwo [?] z 2 dzieci) - było jeszcze dzierganie pierników. W ogóle, panie w sklepie pod domem, jak mnie widzą, to mają ubaw: wczoraj byłem z... 6 razy? Jak już było i kakao, i papier do pieczenia (jego brak wyszedł ostatni), to zaczęło się gniecenie - tu Domik dopingował nas oglądając bajkę, bo za mało siły w rączkach ma. Potem zaczęliśmy wycinanie - tzn. głównie Natuszka i Domik, a ja kibicowałem. Sprawnie poszło, z równoległym pieczeniem - chyba tak na 3 czy nawet 4 razy, żeby wypiec wszystkie. Dzisiaj, rozsypując ozdoby chyba po całej kuchni, udekorowaliśmy całość lukrem, takimi kolorowymi polewami i toną słodkich robaczków (tak, to je następnie wciągałem odkurzaczem z każdego zakamarka kuchni). Domik z kolei napracował się, co musiał zrekompensować... wsunięciem kilku pierniczków. Nieopatrznie podsunąłem mu pomysł z jedzeniem przez zamaczanie najpierw w herbacie - chce koniecznie spróbować po południu :)




Efekt uboczny przygotować - hmm, malutkiemu coś się uwidziało, że jak choinka, to i prezenty. Rano pytał - tłumaczę mu, że w Wigilię, za 5 dni. Ok. Godzinę później zaczął szukać po butach, czy Mikołaj czegoś nie zostawił. Znowu tłumaczyłem, że w butach to tylko na Mikołajki prezenty, i to wcale nie jest tak, że jak choinka jest w domu, to już codziennie gdzieś prezenty będą. Znaczy się - synkowi nastrój świąteczny udzielił się :) 

Podsumowując - poza koniecznością ugotowania i upichcenia sporej ilości żarcia - jesteśmy całkiem przygotowani, biorąc pod uwagę, iż prezenty praktycznie wszystkie mamy, zapakowane i zamelinowane w piwnicy (za duże gabaryty, żeby po domu chować). 

Jak tam wasze przygotowania? 

sobota, 12 grudnia 2015

71. Bajka z morałem

Posiadanie małego dziecka ma to do siebie, że człowiek - mniej lub bardziej z własnej woli - zapoznaje się z dorobkiem kinematografii przypisywanej zwyczajowo choćby przedszkolakom. 


Otóż mój pierworodny ostatnio oglądał był film pt. Ups! Arka odpłynęła i jakoś tak wyszło, że ja również się zapatrzyłem: jakby mimochodem najpierw, później nawet z zaciekawieniem. 

Nie, nie chodzi o temat starotestamentalnego potopu jako tło całości - chociaż takowe jest i jakby cała akcja zasadza się na tym, że wszyscy przed nim uciekają. Nie uświadczysz tam jednak ani Noego, ani jego rodziny - tylko zwierzęta. Wszyscy gorączkowo przygotowują się do wejścia na arkę - jednakże pojawia się problem. W ramach konwenansów, nawet zwierzęcych, okazuje się, że wcale nie ma tam miejsca dla każdego. Okazuje się, że wejść nie mogą zwierzęta odmienne - takie jak gryfy, grimpy, ale również skądinąd przesympatyczne, wymyślone na potrzeby bajki, pluszczaki (czyli hybrydy tapira, tukana, szynszyla i paru jeszcze innych zwierząt). Dziwolągom utapirowany kapitan statku - lew - w towarzystwie leminga i nosorożca jako komisji kwalifikującej do zaokrętowania mówi nie, i muszą na własną rękę radzić sobie z walką o przeżycie. W tym gronie znajduje się pluszczak Finni z tatą Dave'm, jak również grimp Ida z mamą Hazel - przy czym młodzi Finni i Ida zostają w całym zamieszaniu związanym z arką rozdzieleni od rodziców, którzy odpływają "na gapę" arką i w towarzystwie duetu wieloryba Moby'ego z pasożytem Szałaputem na własną rękę uciekają przed żywiołem. 

Film chyba ciut za szybko się toczy - w sensie dynamiki, akcji, szczególnie mając na uwadze dzieciaki jako widzów. Świetny polski dubbing (Lubaszenko, Żak, Barciś, Foremniak). Konwencja też wydaje się dość przewidywalna, ale w pozytywnym sensie - o życiowych sprawach i dylematach, ale z humorem, happy endem, niejako na poziomie percepcji zarówno dziecięcej, jak i osoby dorosłej. Każdy w tym filmie znajduje coś dla siebie.

A dlaczego w ogóle o nim piszę? Bo jest mądry i pouczający. Pluszczak i grimp zostają praktycznie sami sobie, i muszą odnaleźć się w rzeczywistości bez rodziców, uciekając przed żywiołem, który niszczy wszystko. Idzie im to całkiem nieźle... aż do momentu, kiedy wpadają do wody i wydaje się, że to już koniec. A jednak nie! Dlaczego? Bo okazuje się, że pluszczaki to stworzenia wodne, które bez problemu oddychają i funkcjonują pod wodą. Czyli powódź im nie straszna, przetrwają - znajdując w wodzie m.in. zaginionych po drodze przyjaciół Moby'ego (który odkrywa, że także dla niego - wieloryba - woda to naturalne środowisko) i Szałaputa. 

Bóg/Absolut/Stwórca/Ten U Góry (jak kto woli - ja jestem akurat osobą wierzącą) ma dla każdego z nas, wyjątkowym, często mocno nie zrozumiały i kontestowany przez nas plan,który potrafi się objawić czasami dopiero w naprawdę ekstremalnych sytuacjach. Nie raz i nie dwa razy jest tak, że - jak ten pluszczak Finni - wydaje się nam, że On nas olewa, zapomniał, stworzył i porzucił, nie interesuje się, i zaraz wszystko szlag przysłowiowy trafi. A potem - olśnienie. On wpadł do wody i się nie utopił, bo tam może też żyć, tylko tego nie wiedział, nie był świadomy. 

70. Reaktywacja

Jak by to powiedzieć, blog został przeze mnie, dość niezamierzenie i przez zapomnienie, zapuszczony. 

Żałuję i postanawiam poprawę. 

Minęły prawie 3 lata - postaram się to jakoś syntetycznie nadrobić. 

niedziela, 3 marca 2013

69. Zapalenie oskrzeli


Próba przywołania Dominika do porządku przez mamę: 
- Kto posprząta te klocki, ja czy ty?
- Ty!

Lampka dotykowa (Biedronka, niebieska), bardzo fajna właśnie przez to, że włącza się ją dotykowo, a nie trzeba nerwowo po ciemku macać włącznika, chwilowo będzie ustawiana tylko na noc, ponieważ pierworodny bardzo szybko zrozumiał, że wystarczy machnąć łapką, żeby ją włączyć :) Gdyby ktoś lampkę kupić zamierzał - mnie rozwaliły opisy na opakowaniu, dokładnie i absolutnie ze sobą sprzeczne. 

Tydzień zleciał szybko - na zapaleniu oskrzeli Dominisia. Tak wskazała pani doktor w poniedziałek -  bardzo dokładnie małego osłuchała, przy okazji potrafiąc (czego nie potrafiły 2 inne lekarski z zakresu pediatrii...) uspokoić go, bo już tak ma, że płacze jak widzi biały fartuch, czy to w przychodni czy w aptece. Pani po raz kolejny zaplusowała, kiedy nie zapisała worka antybiotyków - a nieco mocniejszą dawkę tego, co braliśmy w innych sytuacjach, zmodyfikowaną, i kazała to brać i pojawić się przed weekendem na kontroli. Przyszliśmy w piątek - po kolejnym, poprzedzonym wyciem, słuchaniu, okazało się, że oskrzela czyściutkie. Małemu z noska już nie leci (leciała woda, potem glutek), biega jak szalony - czyli formę odzyskał. Za to Natuszce gardło żyć nie daje. 

W związku z tym we wtorek, kiedy ja byłem na zajęciach, siedziała z nim Natuszka w domu, za to później już ja, z pewną pomocą teściów. Nie u nich - bo teściowa znowu też chora, więc po prostu daliśmy jej powietrza, odciążyliśmy, skoro była taka możliwość. Przywiozłem tonę akt i pisałem wszystko wieczorami - siadając ok. 19:30, kończąc po północy czasami. Ciężko, ale się dało. Wolę w dzień normalnie... Ale miło było, nie spiesząc się nigdzie, po prostu siedzieć sobie z malutkim, bawić się itp.

A poza tym słoneczko, na szybie dzisiaj w pewnym momencie było 30 stopni u nas :P

Dominiś z kolei w niedzielę kończy 2 latka!

środa, 20 lutego 2013

68. Odwiedzin nadrabianie

Bo właśnie o to chodzi. Przez to, że przechorowaliśmy grudzień (ja) i styczeń (Natuszka i Dominiś), nadrabiamy zaległości w odwiedzinach. 

W sobotę pojechaliśmy do Ani i Marka - kolega z poprzedniej pracy - strasznie optymistyczni i wyluzowani ludzie, z prześliczną nieco ponad roczną córeczką Helenką. Dziecko jako tako poruszające się już na 2 nóżkach, z rozbrajającą miną pytające bez przerwy: "cio to?". Aż się Dominiś tego nauczył i ciągle powtarzał. Dzieciaki bawiły się dobrze, Helenka spokojniejsza - dla nas to ważne, bo mały póki co siedzi z dziadkami, czyli bawi się z nimi i nami, więc dorosłymi, i przyzwyczajony jest do siłowych zabaw, wiedząc że drugiej stronie nic nie zrobi, bo jest silniejsza - stąd zawsze lekka obawa odnośnie tego, czy nie zrobi czegoś małemu - tak jak on, albo i mniejszemu - dzieciowi. Bawili się, małemu spodobał się rowerek taki do popychania nogami (bez pedałów), którym jeździł po całym pokoju. Zjadł ze smakiem klopsiki pomysłu i produkcji Ani. Nie spał nic, w związku z czym w drodze powrotnej kimał jak zabity, a i noc lepiej przespał - w niedzielę obudził się dopiero o 6. Myśmy sobie posiedzieli, pogadali, podegustowali Markową cytrynówkę - pierwsza klasa. No i przetestowaliśmy ich przepis na świetny gulasz. Przesympatyczny dzień. A przy okazji Helenka udowodniła, że nie tylko Dominiś najbardziej rozwala sobie coś wcale nie biegając, a w dość absurdalnych sytuacjach - ona akurat, stojąc w pokoju, jakoś się tak dziwnie obróciła, nóżkę podwinęła, że poleciała na glebę, usiadła na pupie i z niewiadomych przyczyn po prostu walnęła buzią o podłogę, czego efektem była dość dramatycznie wyglądająca spuchnięta warga, pewnie bolesna dość. Ale dała się udobruchać - jak jej podsunęliśmy taką wielką maskotkę pieska, co przywieźliśmy dla niej, od razu było lepiej.

W niedzielę była siesta. Wyczołgaliśmy się z domu tylko do kościoła - tym razem mały nie bał się już iść po dziecięce błogosławieństwo - krzyżyk na czole - i nie mówił, że mu ksiądz "ała" zrobił, tylko "siś" czyli krzyżyk. 

Wczoraj z kolei Natuszka dokonała dzieła zniszczenia, własnoręcznie - bez wrzasków, afery, kopania - podcinając Dominiczkowi włosy. Wygląda teraz nieco inaczej, bez tej grzywki jego :) Udało się pewnie dlatego, że dziadek uwagę odwracał. Ale wszyscy - Natuszka, babka, dziadek - zgodnie mówią, że obyło się bez kneblowania pacjenta :) 

U nas n-ta już zima w tym roku - z tym, że pada dużo, ale i jest ciepło, więc syf straszny na ulicy, śnieg mokry, więc jeżdżenie wózkiem żadną przyjemnością nie jest. Oczywiście, nasza niesamowita spółdzielnia jak zwykle zaskoczona opadami śniegu - przez co rano droga do dziadków jest jak poligon...

Natuszka się wzięła za robotę i szuka nowej - w sensie roboty. Wczoraj była na teście, w przyszłym tygodniu powinny być wyniki. Trzymamy kciuki, trzymamy!

czwartek, 7 lutego 2013

67. Akcja zaginiony piesek

To było tak.

W poniedziałek rano - dramat, jak zawsze po weekendzie, kiedy chwilę po 5 trzeba się zwlec z wyra, uszykować siebie i malutkiego i potoczyć się w śniegu do (domowego przedszkola, a właściwie żłobka) teściów - spotkaliśmy nieopodal ich bloku małego czarnego pieska. Fachowo rzecz biorąc - miniaturka sznaucera. Wyglądał na zmokniętego, łasił się. Żal się nam zrobiło, dostał nasze kanapki - co tam, można kupić sobie. Natuszka powzdychała, że by takiego chciała, wrócił temat dyżurny pt. "a może by tak małemu pieska..." (oczywiście, dzieckiem się zasłania, a co!), i pojechaliśmy do pracy, zapominając o sprawie. 

We wtorek rano, wyrzucając śmieci, na pergoli śmietnikowej znalazłem informację o zagubieniu... pieska, którego wczoraj widzieliśmy. Ok, osiedle jest spore, ale w okolicy 6:15 nie wałęsa się tam 15 czarnych miniatur sznaucerów, jak już to jakiś zaspany człowiek ciągnie się z psem, zwyczajowo na smyczy, gdyby psu zachciało się pobiec dalej. Spisałem szybko numer telefonu i napisałem ludziom (jako że pora barbarzyńska), że pieska widzieliśmy dzień wcześniej, gdzie itp. 

Pani zadzwoniła w dzień, dziękowała, dopytywała o szczegóły - tak, miał czerwoną obróżkę z kolcami bez imienia, łasił się, wszystko się zgadza. Okazuje się, że widziano go ponoć jeszcze gdzieś kawałek dalej. A w ogóle to jakiś idiota zawinił - pieska, przywiązanego przy Biedronce okolicznej, po prostu koś ukradł, urywając smycz - po czym ten idiota (bo trudno inaczej - szczeniak, mróz, pada mokry śnieg) pieska wypuścił albo wyrzucił. Martwiliśmy się z Natuszką - no bo skąd człowiek mógł wiedzieć, ale zawsze można było pomyśleć... Tylko co? Teściowa by go do domu nawet na 1 dzień nie wpuściła, ten typ tak ma (stąd też żonka tak bardzo chce czasami pieska - nie dziwię się, rozumiem, i w sumie jak malutki troszkę podrośnie to czemu nie, choć większość dnia będzie sam w domu siedział). 

Niby temat ucichł, choć tak smutnawo nam i żal pieska było. A dzisiaj dostałem smsa od pani, że się piesek znalazł, i że dziękuje za pomoc :) 


środa, 30 stycznia 2013

66. Choróbska c.d.

Bo jakże by inaczej. 

W czwartek było widać, że pada Natuszka. W piątek już do pracy nie poszła, gorączka ją trochę brała mocno przez 2 dni, potem przeszło. Potoczna grypa żołądkowa. Na szczęście w poniedziałek już ok było, a do wczoraj miała zwolnienie. 

Za to w poniedziałek padł pierworodny. Cały dzień w skowronkach u dziadków, przyszliśmy do domu i jakiś taki ryczący był przy kąpieli, co mu się nie zdarza. Kanapki przy bajce jeść nie chciał zwyczajowo, osowiały jakiś był. Główka gorąca, potem policzki też... Termometr - przeszło 37,5 stopni. Daliśmy co nieco, położyliśmy - na szczęście spał spokojnie. Ale gorączka była, a rano niewiele lepiej i jeść nie chciał. Do tego Natuszka miała w dzień jazdy przed egzaminem, a lekarka sensowna małego tylko w godzinach 11-14 - olałem zajęcia na aplikacji i zostałem w domu, tzn. u teściów. Malutki, jak się okazało, tylko rozwolnienie miał, wczoraj już wieczorem i dzisiaj rano mniej gorączki, spał ładnie, na kolację wczoraj bułeczki zjadł suchej półtorej sztuki. Nawet smectę i jakiś probiotyk udało się mu, podstępem, dodać do jedzenia.

Czy wszędzie jest tak syfiaście mokro i ślisko?

czwartek, 24 stycznia 2013

65. Heeej, kolęda...

W niedzielę nam się przypomniało - w poniedziałek kolęda. 

Rok temu problemu nie było - Dominiś był tak malutki, że wiadomo było, poprosimy o przyjście w porze po jego uśpieniu. W tym roku - zdecydowanie widać było, że ten numer nie przejdzie, ponieważ pierworodny bacznie obserwował przygotowania. W końcu nie codziennie mama zmienia obrus na stole w dużym pokoju na biały, a tata grzebie gdzieś w odmętach szafy w poszukiwaniu "sprzętu" kolędowego. Sprzęt się znalazł, tylko że okazało się, że jedna ze świeczek się obraziła i nie dała się zapalić. No to ją schowaliśmy, dziarsko udając, że w zestawie z krzyżykiem tylko jedna była (w życiu takiego zestawu nie widziałem). 

Wpadliśmy po pracy do domu, rzuciliśmy się do mycia małego. Poszło sprawnie, kolacyjkę zjadł, no i zaczynamy go usypiać przy ulubionej bajce. I zonk. Bo my już prawie usnęliśmy we dwoje - a on nic. Widać, że obserwuje. Cały czas tylko "koń, koń!". Koń - jego bajeczka z kanału Baby First, chyba Tęczowy koń czy jakoś tak. Ale ta bajeczka już była - bo była - więc mu tłumaczymy, że nie będzie już dzisiaj. On dalej swoje. 

Przyszła kolęda, oczywiście młody cały w skowronkach. Trudno :) Baliśmy się, żeby nie wył - ksiądz w białej komży, a on ma straszną awersję do osób w bieli w związku z wizytami u lekarza, których nie znosi. Przyszedł, zaśpiewał kolędę - malutki tylko buźkę szerzej otwierał. Pomodliliśmy się, ministranci poszli, usiedliśmy - Dominiczek też, u mamy na kolanach. Owszem, mniej gadatliwy, bo to w końcu obcy, ale dalej zainteresowany. Obserwował, uśmiechał się, powiedział kilka słów. Ksiądz pogadał, wypił herbatę, serniczka kawałek zjadł, zostawił obrazki - jeden dla nas, jeden dla małego - i poszedł. Dziecko zachwycone, chociaż z tego zachwytu lekko pogięło obrazek. 

Dopiero następnego dnia doszliśmy do tego, że ów koń, o którym mówił mały, to była jego uproszczona wersja słowa "ksiądz"...

A jak we wtorek Natuszka odbierała go od dziadków - okazało się, że oni wszystko już wiedzą. Po prostu mały wszystko opowiedział. Że przyszedł ksiądz, że miał czapkę, że miał szalik, że zostawił mu obrazek. I to nie dukając czy coś - dokładnie opowiedział. Niesamowity on jest :) a nie ma 2 lat jeszcze. 

Hej, kolęęęęęda, kolęęęęęęęęeeeda... :)

środa, 16 stycznia 2013

64. Żyjemy!

Jest mi niezmiernie przykro, że piszę to dopiero po 4 prawie miesiącach (ostatni wpis z 20.09.2012), ale się po prostu nie dało. Im więcej się spraw zbierało, tym bardziej uświadamiałem sobie, że napisanie notki ogarniającej jakoś to wszystko zajmie naprawdę sporo czasu; a tego po prostu nie było. Efekt? Siedzę właśnie w PolskimBusie (kto podróżuje na linii Trójmiasto - Warszawa pewnie wie, co to), jadąc na trzydniowe szkolenie w jakąś głuszę pod stolicą, i dopiero teraz mam czas napisać. Natomiast obiecałem sobie, że będzie możliwie syntetycznie i treściwie - o ile można tak określić opisanie przeszło kwartału...

Najpierw o mamie. Chyba z tego wyjdzie :) Okres października i listopada był dla niej bardzo ciężki - ostre serie radioterapii, dzień w dzień, chyba nawet we Wszystkich Świętych - w tych sprawach nikt nie patrzył na dzień tygodnia, trzeba było kontynuować i truć to świństwo, więc truli. Mama zniosła wszystko bardziej niż dzielnie. Okazało się, że - poza nami (ojciec urywał się z pracy, ile mógł, młody z 2 uczelni też, ja niewiele mogłem bo przecież mieszkam kawał od nich, bez transportu i z maleństwem) - jest kupa życzliwych jej osób, którzy sami się zorganizowali i zajmowali się z nią, po prostu z nią byli, kiedy myśmy (właściwie ojciec i młody) mieli obowiązki. Bardzo dużo dało, że w tym gronie była chrzestna młodego, osoba mająca za sobą skuteczną walkę z nowotworem, a przy tym niesamowicie na swój sposób optymistyczna. Skończyły się naświetlania, czekamy. Po 3 miesiącach mają robić badania kontrolne - wtedy będzie można rokować. My jesteśmy bardzo dobrej myśli - mama zaczęła wracać do formy, wręcz (jako osoba od zawsze drobna i szczupła) nieco nabierać masy, co było wskazane, a ostatnio w jakimś badaniu wyszło jej, że ma - w wieku wiosen 59 - wiek biologiczny 43 lata. Na początku (grudzień) było widać, że była cienka, ale na święta już lepiej, a teraz korzysta z dużej ilości wolnego czasu. Do chyba maja ma świadczenie rehabilitacyjne, więc spokój - na początku myśleliśmy, że będzie trzeba myśleć o rencie dalej, ale widzę, że chyba wróci do pracy - czego jej, jako osobie bardzo aktywnej i pełnej energii, bardzo życzę. A i my do nich częściej przyjeżdżaliśmy, praktycznie co tydzień. Ojciec też się jakby przejął... Tylko że mu przeszło jak tylko mama poczuła się lepiej.

A my? Chorujemy. Natuszka generalnie tak tydzień na tydzień - raz lepiej, raz gorzej. A to gardło, a to gorączka, a to (ostatnio) zatoki - kichamy, kaszlemy. Na Dominiczka musiało przejść, prędzej czy później, więc przez jakiś czas biegał z glutkiem w nosku, trochę mu z niego wody pociekło, trochę pokaszlał - ale póki co jest w dobrej bardzo formie, a przede wszystkim nie tracił w ogóle werwy, nawet jak chorował. Niesamowicie rośnie, coraz więcej mówi, powtarza praktycznie wszystko, co usłyszy, biega jak szalony. Niestety, ostatnio był przez kilka dni jednorożcem - rzuciła się na niego (...) futryna u teściów, i miał największe dotychczas limo :) Ale znosi to dzielnie... i biega dalej. Rysuje dużo - kupiliśmy takie duże niełamliwe kredki, na święta dostał taką tablicę z rysikiem, na której się rysuje i zmazuje takim dziwnym czymś. Coraz częściej siedzi i się czymś zajmuje, daje sobie różne rzeczy wytłumaczyć, można się z nim coraz fajniej bawić. A jednocześnie - rośnie u niego upór, jak chce to musi dostać od razu (co staramy się weryfikować na bieżąco :P), stroi fochy, powoli lekko terroryzuje - kryzys dwulatka nadchodzi!

Ja miałem nieplanowane praktycznie prawie miesięczne grudniowe wakacje... 07 grudnia dostałem antybiotyk na gardło, który po 3 dniach (najczęstszy efekt uboczny plus grypa żołądkowa) spowodował u mnie biegunkę. Tylko że trwała do 22 grudnia... Masakra. Człowiek leżał bez życia, czy jadł czy nie jadł - latał do toalety wylewać z siebie jakąś wodę. Po kilku dniach zauważyłem, że nie miało znaczenia, czy i co jadłem - zawsze efekt był ten sam. Dopiero jakiś żołądkowy antybiotyk coś dał. Przy okazji wydania pewnie z 500 zł w sumie na leki w grudniu zrobiłem gruntowne badania, czego się dało, poza tym RTG jamy brzusznej. W sumie prawie ok - dietkę tylko trza... Przeszło na szczęście przed świętami. Efekt - w pracy byłem dopiero po nowym roku.

Praca. U Natuszki dramat, masakra, 6 kierownik zaraz ucieknie w ciągu 3 lat, w tym 2 w ciągu roku. Dzieło rozwalania tego i jeszcze jednego wydziału trwa w najlepsze. Paranoja. A biedulka co chwilę się denerwuje, że musi za tę swoją z Bożej łaski kierowniczkę coś robić, liczyć - bo ona nie umie... Musimy CV pisać i szukać czegoś dla niej. I popracować nad asertywnością, żeby się ładnie na rozmowie kwalifikacyjnej zaprezentowała. Mój pomysł z ostatnich dni - jakby ją tak na asystenta sędziego, p.o. oczywiście, jak mnie wcisnąć? Pieniądze lepsze, praca spokojna, ciekawa, i przede wszystkim - merytoryczna. Z kolei u mnie - fajno. Bywa monotonnie (a gdzie tak się nie zdarza?), ale jest zazwyczaj różnorodnie, człowiek się z tym prawem pracy i ubezpieczeniami otrzaska (co się przyda w kontekście tegorocznej "sesji"), rozwinie horyzonty - a przy dzisiejszym podejściu pracodawców do pracowników pojawia się spory rynek do zagospodarowania. Ludzie doceniają - i to jest miłe. Miesiąc mnie nie było - a szefowa i tak (nie musiała, mogła mnie olać) przyznała mi symboliczną, ale nie o kwotę, a o zasadę chodzi - nagrodę. Bardzo miło było, bo te pieniążki się przydały - fakt, mieliśmy odłożyć, ale życie nie pozwoliło. Jest dobrze,

Aplikacja. Wszystko do przodu, średnia powyżej 4, wszystko w pierwszych terminach, w tym 5 z ustnej etyki. To były bardzo pracowite 3 miesiące (wrzesień-listopad), ale się udało. Człowiek siedział po nocy,m po spacyfikowaniu Dominisia, przysypiał, czytał, zapamiętywał, budował dziwne konstrukcje do kojarzenia - i się udało. Rzutem na taśmę rozliczyłem wszystko z patronką - i oto II rok! Najcięższy - prawo pracy ustne, handlowe, gospodarcze dziwaczne, resztki karne i prawo rodzinne. Za to sesja ma ponoć być rozbita na 2 części - czerwiec i jakoś pod koniec roku. Trzeba się będzie sprężać i przyłożyć - dzięki zaradności kolegi mamy już skrypty ze wszystkiego, z przykrością stwierdzam, że jedyna pani, z jaką mieliśmy już wykład, od 2 lat mówi słowo w słowo to samo - nie dość, że czyta ustawy (heloł! to było na studiach!), to jeszcze dokładnie to samo, co mamy w skrypcie. I to wszystko za 5000 zł rocznie - fajno, nie? Zatem zero motywacji do siedzenia, zajęcia 8:30-16:45, i podobnie ma być con najmniej na jeszcze jednym przedmiocie. Ale cóż się nie robi dla uzyskania uprawnień korporacyjnych! Do tego - nowa siedziba ośrodka szkoleniowego, jeszcze dalej, ok - nowa, ale suterena pasująca bardziej na siłownię, do której pół pewnego gdańskiego osiedla może zaglądać przez wielkie okno na całą ścianę, i gdzie nie ma wi-fi! Damy radę. 

I tak by to było.

Postaram się częściej pisać :) 

poniedziałek, 10 września 2012

63. Że miałem napisać, że jest nieźle?

Już chciałem napisać, że właśnie wszystko się układa - bo się w sumie układa... A jednak. 

Rano rozmowa z mamą, przez telefon (tak, mam wyrzuty, że nie mam czasu do niej pojechać...) - po pierwszej serii chemii poprawa, progresja, udało się to świństwo utłuc kawałek, i teraz ma być radioterapia. Szybsza, ale i bardziej inwazyjna - 5 tygodni po 5 dni naświetleń, dzień w w dzień. To jeszcze dobra wiadomość - zła jest taka, że słabo się czuje ostatnio. A w domu - tak naprawdę, skoro jest z ojcem tylko - zostaje sama.

Żonka zaziębiona chodzi, ale nie - jak to teściowie: dopóki gorączka z nóg nie zwali nie pójdzie do lekarza. Głupi upór - niestety, inaczej się tego nie da nazwać. Ten typ tak ma. A później jest problem - zamiast prewencji robi się tygodniowe albo lepsze zwolnienie, i marudzenie że później w pracy nadrabianie zaległości, itp. Nie wytłumaczysz, niestety, że lepiej pojeść jakieś piguły/syropki, ale nie paść, niż paść i się użalać. "Bo z byle czym do lekarza..." - taa, lepiej z anginą albo ostrym zapaleniem z gardła, a co, z grubej rury! Przepraszam za sarkazm, ale nie mogę tego słuchać.

W pracy - jedno dobre - sam siedzę, więc spokój, co w kontekście ciężaru gatunkowego spraw, jakie mnie czekając, jest bardzo mile widziane. Np. dzisiaj - cały Boży dzień nad jedną sprawą, i to napisaną na razie na 2/3. Oczywiście "to proszę dość pilnie, bo...". Aha.

A po powrocie do domu - okazuje się, że malutki z gilem dosłownie do pasa. Nic nie było widać rano - u takich maluszków te sprawy strasznie dynamiczne są. Oddychać nie może, popłakuje, smoczka nie da rady włożyć bo nie ma jak noskiem oddychać... Zrobiliśmy quasi-mycie, natarliśmy, psiknęliśmy do noska, maść majerankowa pod nosek, ciepła piżamka - zobaczymy. Zwykle po 2-3 dniach przechodziło. Swoją drogą - nawiązując do mojego sarkazmu w zakresie chorób powyżej - jak tu się dziwić, skoro i mama, i babcia (z którymi większość dnia spędza) są permanentnie zakatarzone lub zaziębione, i nie widzą w tym problemu, bo po co lekarzowi głowę pierdołami zawracać? Np. właśnie po to, żeby dziecko nie chorowało - nie mówię, że tylko przez to, bo pogoda też dziwna, wieje mocno, raz ciepło, raz zimno - ale to ich smarkanie i pokasływanie pomagać na pewno nie pomaga.

A ja? Za 10 dni - 20 września - pierwsze dwuczęściowe kolokwium. Kiedy się uczyć? No, niby wieczorami, i staram się po drodze czytać. Niewiele wychodzi, mały źle śpi ostatnio i zapchany nos nie wróży, żeby miało być lepiej, więc się nie pouczę za dużo...

No i poszukuję dentysty, raczej chirurga. Wczoraj, podjadając wieczorem, złamałem sobie ząb, siódemkę górną. Właściwie pół mi wypadło. Wypada pójść i wyrwać resztę - nie zamierzam tego zęba dać robić, bo tak wielkie wypełnienie i tak max za pół roku wypadnie przy gryzieniu - ćwiczyłem to kiedyś już, więc szkoda pieniędzy (zapłacisz za wypełnienie, a za pół roku i tak za wyrwanie tego, co zostanie, jak wypełnienie wyleci). Słabo, bo otwarte to takie - a wyglądało tak, jakby próchnica poszła w środku, z wierzchu czysto, nic nie widać... Teraz się martwię, żeby w - bądź co bądź, otwartym - zębie się jakiś syf nie zrobił. Udało mi się nieopodal wizytę za niewielkie pieniądze zaklepać. Swoją drogą - też masakra, dzwonisz do x renomowanych klinik w okolicy - terminy: proszę bardzo... na październik. Tłumaczę, że z otwartą dziurą po złamanym zębie to nie bardzo tyle się da czekać - niestety. I tak dobrze, że nie boli, oby tak dalej. 

Jak się pieprzy, to wszystko na raz :)

ps. Malutki ma dzisiaj półtora roku! :) 

niedziela, 2 września 2012

62. Dominiś z bliska

Jedna z pań poprosiła o zdjęcie Dominiczka - więc proszę bardzo, poniżej: Dominiś całujący tygryska z książeczki :) 


Tak naprawdę to po prostu nie mam zwyczaju publikować jego zdjęć :) więc takie musi Wam wystarczyć. 

czwartek, 16 sierpnia 2012

61. A Dominiczek...

Bo Dominiczek to odrębna historia.

Natuszka od początku sierpnia jest w domu na urlopie. Tzn. mieliśmy być razem, kiedy planowaliśmy u siebie w pracy urlopy, nie przewidując, że będę musiał się ewakuować od dotychczasowego pracodawcy. Wyszło, jak wyszło - posiedziałem w domku tydzień, a resztę urlopu u poprzedniego pracodawcy spędzam już u nowego pracodawcy, który nalegał, aby zaczynać jak najszybciej. Nie mogę narzekać - dzięki temu za sierpień dostanę jakby półtorej pensji. Przyda się na pewno.

Tak więc dziadki mają względny, jako taki spokój i Dominiś siedzi w domu z mamą. Fajnie nam przez ten tydzień, kiedy ja byłem z nimi, się żyło. Spokojnie, nie spiesząc się - żeby go spakować, siebie ubrać, nie zapomnieć niczego, dowieźć go do teściów, zdążyć na autobus do pracy, a potem z pracy szybko do domu... Wstawaliśmy sobie, mleczko poranne, zabawy w łóżku z malutkim, potem śniadanko w kuchni, trochę zabawy, spacer przedpołudniowy, spanie w ciągu dnia, obiadek, wyjście na plac zabaw, kąpiel, mleczko. W dużym skrócie - ale np. raz byliśmy w ZOO - zdecydowanie dla takiego Dominisia momentami ciekawsze były łańcuchy czy krzaczek od takiego np. słonia czy żyrafy :), kiedy indziej pojechaliśmy na spacer nad wodę (yeah! Sopot w tłumie turystów! to jest to! - w Gdyni na Skwerze Kościuszki zdecydowanie spokojniej).

Musieliśmy mu nawet ostatnio podciąć włoski - bo grzywka nad oczkami się już kończyła, z boku takie kłaki też sterczały - śmiesznie wyglądał z tymi swoimi złotymi włoskami :) Bronił się, jak mógł, ale w większości udało się dokonać "dzieła zniszczenia" nawet nie podczas jego snu, ale kiedy w kuchni siedział w swoim krzesełku.

Biega po całym domu, dosłownie - ale jest już zdecydowanie lepiej, ponieważ robi to stabilniej, i potyka się w sumie wtedy, kiedy się zakręci, kiedy idzie tyłem do przodu, albo kiedy leci gdzieś z jakąś zabawką/zabawkami w łapkach. Pozbyliśmy się dwóch małych dywaników w przedpokoju i kupiliśmy jeden długi dywan (niech żyją promocje w Komforcie!), od razu z taką matą antypoślizgową pod spodem. I jest dużo lepiej... poza odkurzaniem, które w wypasku tego nie jest zbyt łatwe, bo niby dywan się przez matę trzyma kafelków, ale jak się po nim odkurzaczem jedzie, to się co chwilę fałduje i krzywo układa. Cóż, coś za coś :)

Dominiś coraz więcej też mówi. Powtarza coraz więcej słów, i z tego co mówi widać, że naprawdę dużo więcej rozumie, niż potrafi wyrazić. Odzwyczajamy go od jego "chrząkania" i pokazywania paluszkiem, kiedy czegoś chce - na rzecz mówienia i nazywania, co by chciał. Jest naprawdę kapitalnym i strasznie radosnym dzieckiem. Ząbków ma już więcej niż mniej, jakieś pojedyncze jeszcze rosną - ale naprawdę wydaje mi się, że przeszliśmy przez ząbkowanie naprawdę praktycznie bezkolizyjnie, w porównaniu z tym, co ludzie mówią o swoich dzieciach.

Żadnych problemów z jedzeniem - skończyliśmy już jakiś czas temu z zupkami, je praktycznie to samo co my (oczywiście, z wyjątkami, no i inaczej przyprawiane). Nie ma żadnych problemów z owockami - wszystko wciąga: brzoskwinie, morele, malinki, truskawki, jabłka. I wszystkie, najwyraźniej, lubi :)

Odkrywa powolutku plac zabaw - chuśtawki, drabinki, piaskownicę (pierwsze próby degustowania piasku - prosto z łopatki - mamy już za sobą, bez efektów ubocznych) czy piłeczkę - ku rozpaczy niżej podpisanego (w latach młodzieńczych zapalonego piłkarza) łapiąc ją na razie tylko w rączki. Nie jest jeszcze wybitnym biegaczem, natomiast radzi sobie całkiem nieźle. Oczywiście, bardzo często upatruje sobie u innych dzieci coś, co by chciał - i wtedy truchta za taką osobą, pokazując ją paluszkiem, i krzycząc za nią "Tiiii!" (co ma znaczyć "ty"), albo po prostu podchodzi do takiego - niczego nieświadomego - dziecka, staje nad nim, paluszek, i "Tiiiiiii!" :)

Zachwycający jest, ot co :)

A z tego wszystkiego nie napisałem, że szwagierka jest na ostatnich nogach i lada dzień - pewnie w przeciągu tygodnia - rodzina powiększy się o malutką Zosię :)

niedziela, 12 sierpnia 2012

60. Nowa praca, spokój i urlop

Dawno nie pisałem, bo i się wiele działo. 

Trwało to prawie półtora miesiąca, ale naprawdę nie było jak pisać... Najczęściej fizycznie, a nawet gdy czas już był, to tyle było nerwów i spraw do ogarnięcia, że i tak nic z tego nie wychodziło. 

Sprawa pracy się rozwiązała. Zebrałem się w sobie, poszedłem na rozmowę z szefem i powiedziałem, że rezygnuję. Próbował przekonywać, bo było tym bardziej niestosowne i dziwne, że sam i jego zachowanie było powodem mojego odejścia, ale powiedziałem że zdania nie zmienię. Formalnie pracuję do końca sierpnia - w praktyce w tym miesiącu byłem w pracy 1 dzień, zamykałem wszystkie swoje sprawy, a reszta to urlop do wykorzystania. 

Wniosek - wielka spółka o znanej na skalę kraju (i nie tylko) marce to żaden gwarant dobrej pracy. Do firmy jako takiej zarzutów nie mam - w poprzednim dziale pracowało się świetnie, żegnałem się głównie z kolegami stamtąd i z pierwszym kierownikiem, bo z nimi chciałem a i oni chcieli pożegnać się ze mną. Nikogo nie uprzedzałem poza działem, że odchodzę - bo po co, to nie mój problem, pozamykałem swoje sprawy, to czego się zamknąć nie dało - przekazałem szefowi. Spakowałem się, grzecznie (trzeba zachować klasę, choć ciężko było, oj, ciężko) pożegnałem, i tyle. 

Niestety, na dniach "odbiło mi się" to, że wszystko się udało pozamykać dobrze - szef poszedł na rękę w zakresie patronatu, napisał to co potrzebowałem i podpisał wszystko - więc dla odmiany, jak zacząłem segregować pliki z komputera z pracy, okazało się... że szlag trafił wszystkie moje notatki z pół roku aplikacji. Nie wiem, jak to się stało. Po prostu nie ma tego folderu, kilka niewielkich plików w wordzie, ale np. w jednym 120 stron notatek które sam pisałem, nie opuszczając ani jednego wykładu... Kolega poratował, przysłał swoje notatki, trzeba będzie je przerobić na własne i tak się uczyć. Ale będzie sporo roboty. 

Oczywiście, nie rzuciłem pracy w ciemno. Udało się wcześniej zorganizować nową. Trochę się z tym źle czuję - dostałem ją z polecenia, normalnie nie miał bym szans (mimo że to nic nadzwyczajnego, żadne kosmiczne zarobki - wręcz kilkaset złotych do tyłu w stosunku do poprzedniej pracy), w pewnym sensie urząd. Martwię się, że niewiele pieniędzy - nie jestem sam, jest żonka i malutki, ale musimy dać radę. A mało jest dlatego, że na 4/5 etatu - w końcu muszę mieć wolne na zajęcia. Ale jest praca - mam nadzieję, spokojniejsza, normalniejsza, z konkretnymi obowiązkami i wymaganiami. Lokalowo wydaje się naprawdę zapowiadać dobrze. Denerwuję się - jutro pierwszy dzień! Mam nadzieję, że w tym wszystkim - pomimo konieczności jeszcze uczenia się w domu - będzie czas na bardziej regularne pisanie, które musiałem na jakiś czas zarzucić. 

Tydzień czasu byłem więc na urlopie. Zrobiłem w domu sporo rzeczy, na które normalnie nie było czasu. Pobyłem z żonką i synkiem, bez pośpiechu. Żonka prawo jazdy zaczęła, w międzyczasie kurs skończyła i jutro ma pierwszy raz jazdy :) 

O Dominisiu sporo by pisać, więc napiszę następnym razem. 

wtorek, 3 lipca 2012

59. I znowu

W zeszłym tygodniu - poza poniedziałkiem, oraz wtorkiem i czwartkiem (wykłady i praktyki - przychodziłem później, więc i siedziałem dłużej) - i tak w środę i piątek siedziałem do 18, albo i lepiej. Kolejny raz dostałem od szefa do roboty coś, po czym gdy zrobiłem to, o co prosił, okazywało się, że zrobiłem to nie na tej wersji (pracowałem na takiej, na jaką mi przysłał); że wysłałem nie wyczyściwszy komentarzy (tylko że nie powiedział, że mam to zrobić); że nie jestem specem z zakresu prawa podatkowego i nie znam się na opodatkowaniu pewnej kwestii (bo się nie znam - nie bez powodu jest w dziale dedykowany do tego pracownik, który rozstrzygnął kwestię; szef sam tego nie wiedział); że w regulaminie, który można było dwojako interpretować, zinterpretowałem w sposób bardziej dla nas ostrożny i korzystny (bo on zinterpretował inaczej). A do tego jak wyczaiłem w innym zakresie coś, co nie wynika z przepisów, i powiedziałem mu o tym - poszperałem w necie, z ciekawości (opracowanie miałem zrobić z przepisów), to usłyszałem, że on wyszedł na idiotę, bo podał już informacje bez tego.

Wprost usłyszałem, z miną człowieka nieszczęśliwego z faktu, że ze mną siedzi i rozmawia, że właściwie to on nie widzi możliwości dalszej współpracy. Że ten miesiąc zadecyduje, czy firma będzie chciała ze mną współpracować. Mnie z nerwów aż wszystko drgało przed oczyma, dosłownie. Liczyłem się z tym, że dostanę wypowiedzenie w tym momencie - nie dostałem. Ale - jako, że to kolejna taka sytuacja, niestety, w mojej ocenie po prostu (treść zarzutów i forma) czepialstwa - nie wątpię, że to przy pierwszej okazji nastąpi. Odnosiłem wrażenie, że liczył na to, że pod presją sytuacji sam zrezygnuję, jak tam siedziałem. Nie zrobiłem tego, ale mam świadomość, że to kwestia czasu.

Zresztą, ja siebie - w takim miejscu, w takich warunkach - nie widzę. To nie na moje nerwy. Pomimo sensownych zarobków, bez których będzie trudno (takiej pensji nie dostanę), musimy dać radę. W tej chwili widuję się z żoną z rana, jak wstajemy i odprowadzamy synka do dziadków, i wieczorem; małego nie widzę w ogóle wieczorem, bo śpi. Biedna zasuwa sama, odbiera go od dziadków, myje, karmi, usypia. Może dla kogoś to szczyt kobiecej roli i obowiązek - dla mnie nie, bo sam też chciałbym się tym zajmować. Wczoraj - przyszedłem do pracy przed 8, wyszedłem ok. 20:30. Słowo podziękowania, że tak długo, że do oporu? Nie, za to groźba o wywaleniu z pracy.

Nie daję rady. Widzę, że te nerwy przechodzą na inne sfery życia - w domu, na brak cierpliwości przy malutkim... Ten problem muszę jakoś rozwiązać.

poniedziałek, 11 czerwca 2012

58. Ciężko

Tak, sporo nie pisałem. Niestety, nie było jak. 

W pracy w większości po prostu masakra - tu wyjątkiem może był piątek ostatni (bo po Bożym Ciele, i że luźniej, i że mało osób w pracy?). Właściwie jestem zdecydowany na zmianę i po prostu szukam, czytam, wysyłam CV i czekam. Mam nadzieję, że to, co znajdę, będzie odpowiadało minimalnym wymaganiom finansowym, poniżej których nie mogę się na jakąkolwiek pracę zdecydować. Kredyt sam się nie spłaci (1000 m-cznie), rachunki także. Ot, ten choćby miesiąc - za chwilę, o ile nic się nie wydarzy, szczepienie Dominisia, potem rocznica ślubu szwagierki, dzień ojca... Nie chodzi o Bóg wie jakie prezenty, ale wypada tu coś przynieść, tam coś przynieść - kasa leci, a z nieba nie spadnie. I tu jest cały problem - myślę realnie, że szansa, żeby mi zapłacili gdziekolwiek mniej więcej tyle, co płacą tutaj, jest niewielka. Więc tak sobie liczę - ile mniej mógłbym przyjąć, żebyśmy dali radę. 

Ciężko jest, nie mówię tylko (psychicznie) o mnie, ale też o Natuszce. Ostatnio sama ciągle odbierała od teściów Dominisia, z teściową szły do nas i go kąpały, a potem ona biedna sama siedziała i czekała na mnie. Nie dość, że nie zarabiam nie wiem ile, to nic z tego życia tak naprawdę nie mamy - tyle, że jak już malutki uśnie wieczorkiem, to zalegamy przed TV i najczęściej po prostu zasypiamy, prędzej czy później, taki człowiek jest zmęczony. Nie pracuję na budowie, nie wykonuję prac fizycznych - i co z tego, kiedy atmosfera, sposób zachowania przełożonego i wywierana na mnie presja po prostu dają dokładnie te same efekty. 

We wtorek tak wyszło, że mieliśmy "okienko" na zajęciach i poszliśmy z kolegą do GB na kawę, ot, żeby coś z sobą zrobić. Mało optymistyczna może ta rozmowa była, ale mocno prawdziwa. W pewnym sensie, on jest w lepszej sytuacji - singiel, bezdzietny, mieszkający z rodzicami. Może sobie pozwolić na to, aby - kiedy szef przyciśnie - siedzieć w pracy do oporu, "bo trzeba", bo termin goni. Też bym mógł, gdybym funkcjonował sam u rodziców i nie miał na głowie nic poza pracą. Ja - nie, bo i tak już dość przesiedziałem po godzinach, nie słysząc za to słowa dziękuję, zmuszając Natuszkę do zajmowania się Dominiczkiem w momencie, kiedy mieliśmy to robić razem, i kiedy ja chciałbym być z nimi. W podobnym jednak sensie, ów kolega jest w gorszej sytuacji - my mamy mieszkanie (ok. na kredyt do spłacenia przez ok. 29 następnych lat, ale mamy - jest co zostawić po nas Dominiczkowi), jesteśmy samowystarczalni, dajemy radę z utrzymaniem siebie, i jak na razie wszystko wskazuje na to, że stać nas jeszcze na malutkie dziecko. O czym on raczej nie mógłby pomarzyć, ponieważ zdolności kredytowej nie ma (choć i tak zarabia najlepiej z aplikantów w swojej kancelarii, i to jako jedyny na umowę o pracę - reszta ma własną działalność gospodarczą), i najpewniej nie utrzymał by się sam. 

Kółeczko się zamyka, wszystko rozbija się priorytety. Pewnie, studia kończyłem nie po to, żeby przekładać papiery z lewej na prawą, i nie po to siedzę teraz na aplikacji, płacąc za nią ciężkie pieniądze. Tak samo, nie chciałbym żeby to właśnie do końca życia robiła Natuszka. Jednak żadne z nas nie uważa pracy za dobro najważniejsze, pierwsze i priorytetowe, któremu za wszelką cenę trzeba podporządkować wszystko inne, poświęcając czas dla rodziny, przeznaczony na bycie razem i cieszenie się sobą. Domyślam się, że wiele osób taki pogląd uzna za nieżyciowy, absurdalny, bo przecież głównym celem jest nachapanie się, gromadzenie i podnoszenie statusu majątkowego. Cóż, kwestia podejścia. Mi moje - nasze - odpowiada. 

niedziela, 27 maja 2012

57. Co dalej?

Nie jest zbyt dobrze.

W ciągu ostatnich 2 tygodni posypało mi się w pracy, która wydawała się być szczytem i spełnieniem marzeń w zakresie tego, co człowiek w moim wieku może osiągnąć i jakie to może dawać perspektywy. Fajny czas w dziale powiedzmy pośrednim jeśli chodzi o zainteresowania, po czym idealnie pasujący w czasie transfer do działu docelowego, najsensowniejszego, a potem dostanie się jeszcze na aplikację. No, bajka, ciężka ale zapowiadająca sensowne wyniki po 3 latach godzenia pracy z aplikacją (1 dzień wykładów właściwie cały rok poza wakacjami, no i praktyki przez 3 m-ce po 1 dniu w tygodniu). Więc zasuwam, 2 dni w tygodniu przychodzę do pracy po zajęciach aplikacyjnych. 

Nie wiem, o co chodzi. Wprost z szefem (a co najgrosze - także patronem) starłem się raz, ale w styczniu, przy czym obydwoje mieliśmy świadomość, że to ja miałem rację. Nie podkładałem się, nie wychylałem - robiłem swoje. Pretekst przyszedł w tym tygodniu, kiedy "nie wykonałem zadania", które nie dość że czasowo, to jeszcze dla mnie w ogóle nie było wykonalne. Nie znalazłem tych materiałów, bo nie potrafiłem, o czym - mając świadomość, że potrzebuje ich w konkretnym terminie - powiedziałem wprost. No i była rozmowa w cztery oczy, w której dowiedziałem się, że taka sytuacja jest niedopuszczalna, że za mnie osoba X z działu musiała tego szukać, i jeśli jeszcze raz tak będzie, to on sobie "nie wyobraża możliwości dalszej współpracy". Przekaz jasny. Wyraziłem zdziwienie dla faktu porównywania moich umiejętności do umiejętności osoby z dobrym kilkuletnim doświadczeniem w branży - na co dowiedziałem się, że "to nie jest szkoła, studia, tylko praca".

Przy okazji usłyszałem, że jestem niepoważny, skoro (było to ze 3? miesiące wstecz) zadzwoniłem kiedyś i wziąłem urlop na żądanie, bo malutki się pochorował. Zdębiałem, jak to usłyszałem. I że jak ja śmiałem zadzwonić do innego starszego pracownika, kiedy tydzień temu w poniedziałek przyszedłem później do pracy, bo musiałem iść do dentysty w poniedziałek rano, po weekendzie z bolącym zębem. Nie zadzwoniłem do niego, bo był za granicą na urlopie, i - słusznie? - uznałem, że w tej sytuacji nie ma sensu dzwonić do niego, tylko do osoby będącej na miejscu w pracy. 

Ja mam dość. Facet jest rozgarniętym prawnikiem z dużo większym od mojego doświadczeniem, więc przy odrobinie wysiłku i tak się mnie stamtąd pozbędzie, jak się uprze. Poza tym absolutny pracoholik - więc nie zrozumie człowieka, jak ja, z inną hierarchią wartości, dla którego rodzina to nie tylko przykry obowiązek na weekend. A ja po sądach nie zamierzam się w takiej sprawie ciągać, szkoda czasu. Psychicznie natomiast mam dość - niedobrze mi się robi, kiedy myślę o pracy albo muszę do niej iść. Jedyny (...) problem - szansa na to, że gdziekolwiek zaoferują mi podobne zarobki, jest żadna. A kokosów nie zarabiam, wystarczy akurat - i teraz gdyby tego miało być kilkaset złotych mniej - mogło by być za mało. Nie mówię o żadnych ekstrawagancjach - normalne życie rodziny z małym dzieckiem, żadnych kulturalnych eskapad czy corocznych zagranicznych wakacji. I to zmusza do zastanowienia przed jakimkolwiek ruchem - odpowiadam za nas wszystkich, za żonę i za maleństwo nasze. We dwoje byśmy sobie dali radę, bez problemu, ale jest jeszcze nasz D. Nie wnikam, czy - jak niektórzy mówią - to chwilowe zachowanie, czy nie. Ja w takich warunkach nie chcę pracować. 

W piątek miałem dzień praktyk, zjechałem rano w okolice sądu, i tak się złożyło, że nogi zaprowadziły mnie do... kościoła od kilku lat będącego w praktyce kaplicą wieczystej adoracji, gdzie dobre 20 albo i więcej lat temu prowadzała mnie śp. babcia na msze dla dzieci. I tak się zastanawiałem nad tym, gdzie jestem, co się dzieje, przed jakim wyborem może przyjść mi stanąć. Nie mogę narzekać - mam wszystko, co jest mi potrzebne, i to wystarczy. Pojawia się jednak zagrożenie, że coś tym porządkiem może zachwiać... i wchodzi strach. A negatywne emocje, które zbierają się w pracy, widzę że już kilka razy - bez sensu - wyładowałem w domu, nieświadomie. 

Coś trzeba zrobić. Coś zadecydować. Spokojnie, z rozwagą. Szukać innych możliwości, gdyby sytuacja się skomplikowała. Ale mieć wyjścia awaryjne. 

środa, 23 maja 2012

56. Niepewność

Weekend był piękny. Jednego dnia dłuuugi spacer nad morzem z Dominisiem, drugiego wizyta bliskich znajomych.

A po weekendzie - masakra. W poniedziałek siedziałem w robocie od 7:30 do 18:15. Na oko, ze 3 godziny za długo. Ale chciałem być w porządku - dali zadanie do zrobienia, to siedzę do oporu. Co tam, że zadanie dostałem w piątek po południu, i dotyczyło opracowań z zakresu prawa bynajmniej nie polskiego (kilku państw). W poniedziałek rano okazało się, że do opracowania jest drugie tyle, bo ilość państw się zwiększyła. Przypomnienie szefa "No, to na jutro do końca dnia, nie?" w kontekście tego, że jestem we wtorki na zajęciach - o czym dobrze wie, bo wyraził na to zgodę - było co najmniej niesmaczne. Siedziałem, napisałem 17 stron chyba opracowania, wysłałem. Dzisiaj rano - mail z wczorajszego wieczora (ok. 20 minut po wysłaniu przeze mnie opracowania, i wyjściu z pracy ok. 19), żeby doprecyzować odnośnie zagadnień, które do wczoraj opracowywałem nie na podstawie źródeł (przepisów), tylko opracowań - przepisy w różnych językach, których nie znam (bo i skąd). Problem z tym byłby po polsku, a tu? Rano przyszedłem, przeczytałem, i postanowiłem chwilę poświęcić na nadgonienie spraw, które były w toku, a których przez te 2 dni nie mogłem ruszyć z powodu tego opracowania. No to zadzwonił i dostałem, że co ja sobie wyobrażam, że czemu ja tego nie robię, że mam czas do 12 i jutro rozmowa (dzwonił z innego miasta, dzisiaj go nie było). 

Więc będzie jutro rozmowa. Co z niej wyniknie, nie wiem. Widzę jedno - staram się, jak mogę, racjonalnie podchodząc do tego, co i w jakim czasie da się zrobić. I co? Nic, tylko po łbie dostaję. Gdyby nie fakt, że ta praca jest mi niezbędna - rodzina, synek, kredyt - to by mnie już tu nie było. Muszę. Przy czym nie wiadomo, czy jutro się nie okaże, że jednak nie muszę, i że wylatuję. To, że się czasami mylę - ok, ale jestem w tej branży dość świeży, i jego rola jest taka, aby nie tylko opierd...ć, ale i wytłumaczyć. Tylko po co, prawda?

Dominisiowi żyłki w oczku prawym, w tej części bliżej noska, pękają, pajęczynka się taka robi czerwona. I nie wiemy, od czego. Żaden wielki wylew - ale widać. I widać, że malutki trze to oczko. Lekarka powiedziała dzisiaj rano: dawać witaminę C. Zobaczymy. Mam nadzieję, że to nic poważnego. No, a jego w ogóle ostatnio widuję rano - bo zanim wieczorem wrócę, to już śpi... 

Mama jest po pierwszej, w poniedziałek, chemioterapii. Jak na razie nie czuje się źle. Trzymamy mocno kciuki. Nic jej nie będę o tym mówił, bo po co ma się denerwować. 

środa, 16 maja 2012

55.

Kolejne dni zasuwania do pracy, w zeszłym tygodniu ostro.

Zajęcia ciekawe, kolejne przedmioty. Praktyka w sądzie karnym, wydział odwoławczy, za mną. 

Kilka ciekawych przemyślanych (oj, nawet bardzo, pod kątem stanu naszych finansów) zakupów - nowy portfel (właściwie konieczność, stary nadawał się na śmietnik i rozwalał karty) i letnie coś a'la mokasyny, grafitowe. Kilka innych - odłożonych na czas bliżej nieokreślonych - w końcu, jesteśmy "na dorobku".

Wizyta szwagierki z mężem w weekend - podebrali troszkę ciuszków dla ich maleństwa, przydadzą się, a nam odgraciła się nieco piwnica. Jeszcze tylko wysłać ten cały, spakowany dawno, wózek stary duży do serwisu, jakoś nie mogę się zebrać. 

Kolejne wizyty u dentystki - niestety, przykra (kosztowna) konieczność, ale nie ma porównania z poprzednią dentystką, więc podchodzę do tego jako do przykrej konieczności, ale nadal konieczności.

Dzisiaj urodziny teściowej - prezenty wręczyliśmy już wczoraj (dwa kolejne aniołki do ozdoby w jej kolekcji), dzisiaj ciasteczko tylko.

Mama trzyma się, w tym tygodniu jeszcze konsultacja z hematologiem i w poniedziałek pierwsza chemia. Dzwonię często, rozmawiam, staram się nie dać poznać zdenerwowania. Ale nie potrafię się nie martwić, to chyba normalne. Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze, że wyniki będą dobre. 

Dominiś... Jak to Dominiś :) Po prostu kochany, uśmiechnięty, wesolutki, spontaniczny, energiczny i w ogóle. Sama radość - i bardzo dobrze, bo na niewiele więcej jest czasu, jak człowiek wraca wieczorem do domu. Myju myju malutkiego, mleczko, chwila zabawy i lulanie. 

No i nasz sposób na spędzenie ostatnich kilku wieczorów - pierwszy sezon HBOwskiego serialu "Walka o tron". Dla mnie - bomba :)