Dobrze jest być takim ojcem-mistrzem jak Joda z "Gwiezdnych Wojen". On nie ochrzaniał Luke'a, że nie umie, używając mocy, podnieść statku z bagna - tylko tak nim pokierował, że Luke był do tego zdolny, nauczył się tego.

niedziela, 27 maja 2012

57. Co dalej?

Nie jest zbyt dobrze.

W ciągu ostatnich 2 tygodni posypało mi się w pracy, która wydawała się być szczytem i spełnieniem marzeń w zakresie tego, co człowiek w moim wieku może osiągnąć i jakie to może dawać perspektywy. Fajny czas w dziale powiedzmy pośrednim jeśli chodzi o zainteresowania, po czym idealnie pasujący w czasie transfer do działu docelowego, najsensowniejszego, a potem dostanie się jeszcze na aplikację. No, bajka, ciężka ale zapowiadająca sensowne wyniki po 3 latach godzenia pracy z aplikacją (1 dzień wykładów właściwie cały rok poza wakacjami, no i praktyki przez 3 m-ce po 1 dniu w tygodniu). Więc zasuwam, 2 dni w tygodniu przychodzę do pracy po zajęciach aplikacyjnych. 

Nie wiem, o co chodzi. Wprost z szefem (a co najgrosze - także patronem) starłem się raz, ale w styczniu, przy czym obydwoje mieliśmy świadomość, że to ja miałem rację. Nie podkładałem się, nie wychylałem - robiłem swoje. Pretekst przyszedł w tym tygodniu, kiedy "nie wykonałem zadania", które nie dość że czasowo, to jeszcze dla mnie w ogóle nie było wykonalne. Nie znalazłem tych materiałów, bo nie potrafiłem, o czym - mając świadomość, że potrzebuje ich w konkretnym terminie - powiedziałem wprost. No i była rozmowa w cztery oczy, w której dowiedziałem się, że taka sytuacja jest niedopuszczalna, że za mnie osoba X z działu musiała tego szukać, i jeśli jeszcze raz tak będzie, to on sobie "nie wyobraża możliwości dalszej współpracy". Przekaz jasny. Wyraziłem zdziwienie dla faktu porównywania moich umiejętności do umiejętności osoby z dobrym kilkuletnim doświadczeniem w branży - na co dowiedziałem się, że "to nie jest szkoła, studia, tylko praca".

Przy okazji usłyszałem, że jestem niepoważny, skoro (było to ze 3? miesiące wstecz) zadzwoniłem kiedyś i wziąłem urlop na żądanie, bo malutki się pochorował. Zdębiałem, jak to usłyszałem. I że jak ja śmiałem zadzwonić do innego starszego pracownika, kiedy tydzień temu w poniedziałek przyszedłem później do pracy, bo musiałem iść do dentysty w poniedziałek rano, po weekendzie z bolącym zębem. Nie zadzwoniłem do niego, bo był za granicą na urlopie, i - słusznie? - uznałem, że w tej sytuacji nie ma sensu dzwonić do niego, tylko do osoby będącej na miejscu w pracy. 

Ja mam dość. Facet jest rozgarniętym prawnikiem z dużo większym od mojego doświadczeniem, więc przy odrobinie wysiłku i tak się mnie stamtąd pozbędzie, jak się uprze. Poza tym absolutny pracoholik - więc nie zrozumie człowieka, jak ja, z inną hierarchią wartości, dla którego rodzina to nie tylko przykry obowiązek na weekend. A ja po sądach nie zamierzam się w takiej sprawie ciągać, szkoda czasu. Psychicznie natomiast mam dość - niedobrze mi się robi, kiedy myślę o pracy albo muszę do niej iść. Jedyny (...) problem - szansa na to, że gdziekolwiek zaoferują mi podobne zarobki, jest żadna. A kokosów nie zarabiam, wystarczy akurat - i teraz gdyby tego miało być kilkaset złotych mniej - mogło by być za mało. Nie mówię o żadnych ekstrawagancjach - normalne życie rodziny z małym dzieckiem, żadnych kulturalnych eskapad czy corocznych zagranicznych wakacji. I to zmusza do zastanowienia przed jakimkolwiek ruchem - odpowiadam za nas wszystkich, za żonę i za maleństwo nasze. We dwoje byśmy sobie dali radę, bez problemu, ale jest jeszcze nasz D. Nie wnikam, czy - jak niektórzy mówią - to chwilowe zachowanie, czy nie. Ja w takich warunkach nie chcę pracować. 

W piątek miałem dzień praktyk, zjechałem rano w okolice sądu, i tak się złożyło, że nogi zaprowadziły mnie do... kościoła od kilku lat będącego w praktyce kaplicą wieczystej adoracji, gdzie dobre 20 albo i więcej lat temu prowadzała mnie śp. babcia na msze dla dzieci. I tak się zastanawiałem nad tym, gdzie jestem, co się dzieje, przed jakim wyborem może przyjść mi stanąć. Nie mogę narzekać - mam wszystko, co jest mi potrzebne, i to wystarczy. Pojawia się jednak zagrożenie, że coś tym porządkiem może zachwiać... i wchodzi strach. A negatywne emocje, które zbierają się w pracy, widzę że już kilka razy - bez sensu - wyładowałem w domu, nieświadomie. 

Coś trzeba zrobić. Coś zadecydować. Spokojnie, z rozwagą. Szukać innych możliwości, gdyby sytuacja się skomplikowała. Ale mieć wyjścia awaryjne. 

środa, 23 maja 2012

56. Niepewność

Weekend był piękny. Jednego dnia dłuuugi spacer nad morzem z Dominisiem, drugiego wizyta bliskich znajomych.

A po weekendzie - masakra. W poniedziałek siedziałem w robocie od 7:30 do 18:15. Na oko, ze 3 godziny za długo. Ale chciałem być w porządku - dali zadanie do zrobienia, to siedzę do oporu. Co tam, że zadanie dostałem w piątek po południu, i dotyczyło opracowań z zakresu prawa bynajmniej nie polskiego (kilku państw). W poniedziałek rano okazało się, że do opracowania jest drugie tyle, bo ilość państw się zwiększyła. Przypomnienie szefa "No, to na jutro do końca dnia, nie?" w kontekście tego, że jestem we wtorki na zajęciach - o czym dobrze wie, bo wyraził na to zgodę - było co najmniej niesmaczne. Siedziałem, napisałem 17 stron chyba opracowania, wysłałem. Dzisiaj rano - mail z wczorajszego wieczora (ok. 20 minut po wysłaniu przeze mnie opracowania, i wyjściu z pracy ok. 19), żeby doprecyzować odnośnie zagadnień, które do wczoraj opracowywałem nie na podstawie źródeł (przepisów), tylko opracowań - przepisy w różnych językach, których nie znam (bo i skąd). Problem z tym byłby po polsku, a tu? Rano przyszedłem, przeczytałem, i postanowiłem chwilę poświęcić na nadgonienie spraw, które były w toku, a których przez te 2 dni nie mogłem ruszyć z powodu tego opracowania. No to zadzwonił i dostałem, że co ja sobie wyobrażam, że czemu ja tego nie robię, że mam czas do 12 i jutro rozmowa (dzwonił z innego miasta, dzisiaj go nie było). 

Więc będzie jutro rozmowa. Co z niej wyniknie, nie wiem. Widzę jedno - staram się, jak mogę, racjonalnie podchodząc do tego, co i w jakim czasie da się zrobić. I co? Nic, tylko po łbie dostaję. Gdyby nie fakt, że ta praca jest mi niezbędna - rodzina, synek, kredyt - to by mnie już tu nie było. Muszę. Przy czym nie wiadomo, czy jutro się nie okaże, że jednak nie muszę, i że wylatuję. To, że się czasami mylę - ok, ale jestem w tej branży dość świeży, i jego rola jest taka, aby nie tylko opierd...ć, ale i wytłumaczyć. Tylko po co, prawda?

Dominisiowi żyłki w oczku prawym, w tej części bliżej noska, pękają, pajęczynka się taka robi czerwona. I nie wiemy, od czego. Żaden wielki wylew - ale widać. I widać, że malutki trze to oczko. Lekarka powiedziała dzisiaj rano: dawać witaminę C. Zobaczymy. Mam nadzieję, że to nic poważnego. No, a jego w ogóle ostatnio widuję rano - bo zanim wieczorem wrócę, to już śpi... 

Mama jest po pierwszej, w poniedziałek, chemioterapii. Jak na razie nie czuje się źle. Trzymamy mocno kciuki. Nic jej nie będę o tym mówił, bo po co ma się denerwować. 

środa, 16 maja 2012

55.

Kolejne dni zasuwania do pracy, w zeszłym tygodniu ostro.

Zajęcia ciekawe, kolejne przedmioty. Praktyka w sądzie karnym, wydział odwoławczy, za mną. 

Kilka ciekawych przemyślanych (oj, nawet bardzo, pod kątem stanu naszych finansów) zakupów - nowy portfel (właściwie konieczność, stary nadawał się na śmietnik i rozwalał karty) i letnie coś a'la mokasyny, grafitowe. Kilka innych - odłożonych na czas bliżej nieokreślonych - w końcu, jesteśmy "na dorobku".

Wizyta szwagierki z mężem w weekend - podebrali troszkę ciuszków dla ich maleństwa, przydadzą się, a nam odgraciła się nieco piwnica. Jeszcze tylko wysłać ten cały, spakowany dawno, wózek stary duży do serwisu, jakoś nie mogę się zebrać. 

Kolejne wizyty u dentystki - niestety, przykra (kosztowna) konieczność, ale nie ma porównania z poprzednią dentystką, więc podchodzę do tego jako do przykrej konieczności, ale nadal konieczności.

Dzisiaj urodziny teściowej - prezenty wręczyliśmy już wczoraj (dwa kolejne aniołki do ozdoby w jej kolekcji), dzisiaj ciasteczko tylko.

Mama trzyma się, w tym tygodniu jeszcze konsultacja z hematologiem i w poniedziałek pierwsza chemia. Dzwonię często, rozmawiam, staram się nie dać poznać zdenerwowania. Ale nie potrafię się nie martwić, to chyba normalne. Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze, że wyniki będą dobre. 

Dominiś... Jak to Dominiś :) Po prostu kochany, uśmiechnięty, wesolutki, spontaniczny, energiczny i w ogóle. Sama radość - i bardzo dobrze, bo na niewiele więcej jest czasu, jak człowiek wraca wieczorem do domu. Myju myju malutkiego, mleczko, chwila zabawy i lulanie. 

No i nasz sposób na spędzenie ostatnich kilku wieczorów - pierwszy sezon HBOwskiego serialu "Walka o tron". Dla mnie - bomba :)


poniedziałek, 7 maja 2012

54. Majowo-weekendowo

W sumie, dobry czas. Tylko człowiek jakiś taki rozbity chodzi - w jednym tygodniu w sumie 3 poniedziałki i tyle samo piątków... :) 

Przyjemnie. W robocie pracy naprawdę dużo, ale i dobrze - ludzi w większości nie było w środę i piątek, więc można było popracować efektywnie. Jakby jeszcze co chwilę człowiekowi ktoś głowę zawracał, to by było. W środę siedziałem sam - cisza, spokój.

Święto Pracy z poprzedniej epoki uczciliśmy w sposób dość niecodzienny, aczkolwiek w pewnym sensie wspominkowy - bowiem na ognisku pożegnalnym u znajomych, którzy wynoszą się z tamtego miejsca (mieszkanie lokatorskie, miasto sprzedało je - przenoszą się gdzie indziej). Nie sposób policzyć, ile wieczorów - począwszy od końca podstawówki do ze 2-3 lat wstecz, ale i bliżej - spędziłem tam, później już razem z Natuszką. Ludzie się zmieniali, a miejsce jakby było to samo. Szkoda, bo się to już nie powtórzy. Ale przy okazji ogniska mieliśmy okazję poobserwować kilka pociech znajomych - młodsze i starsze od Dominisia - bo niestety, nie zrozumieliśmy się, i myśmy malutkiego zostawili u teściów. 

Z kolei 3 maja spędziliśmy u szwagierki "na wsi" - niby to miasto, a okolica na tyle malownicza, że jakby już człowiek był na wsi. Był grill, zimne piwko, spacerek nad jeziorko. Malutki wyszalał się na trawce, aż padł i na spacerku już spał. A ile się najeździł przy tej okazji komunikacją miejską, że ho!

A w sobotę - wypad do moich rodziców, spacerek po parku i obserwowanie wielu fajnych rzeczy w naturze, których maluszek jeszcze nie miał okazji zaobserwować :) 

W międzyczasie przysłowiowym skończyliśmy w domu to, na co nie było czasu/ochoty - powiesiliśmy obraz z 5 części (z niezrozumiałych przyczyn na Allegro zwany tryptykiem?), rozkręciliśmy i spakowaliśmy do wysyłki duży wózek (do serwisu - trzeba zamówić kuriera), przejrzeliśmy bibeloty w dużym pokoju i pozbyliśmy się dużej ilości, zagracające pokój segregatory z filmami poszły w większości do piwnicy, tak samo jak typowo zimowe obuwie. Zrobiłem przegląd swoich ciuchów i jak zwykle udało się pozbyć totalnie nieprzydatnych 2 siatek ubrań (w dobrym stanie) - dobrze, że kontenerek Caritasu stoi vis a vis wyjścia z klatki, w pewnym sensie nawet bliżej niż śmietniki. 

Chyba nie pisałem - od jakiś 2 tygodni śpimy w dużym pokoju, a Dominiś (jak na dużego rocznego chłopca przystało) sam w swoim pokoiku. I, o dziwo, wszyscy... śpimy lepiej. Malutki - wbrew obawom Natuszki - śpi jak suseł, budząc się zwykle najwcześniej o 3:00, często o 5:00 (w niedzielę - nawet o 7:10!), przy czym wyczołguję się z naszego łóżka, zabieram poduchę, idę do małego pokoju, przerzucam Dominisia na zwykłe łóżko, zwalam się koło niego, i za chwilę obydwoje lulamy jak susły :) Zdecydowanie:
  1. w małym pokoju we troje jest po prostu zbyt duszno - i zimą, i teraz, nie mówiąc już o lecie - a raczej nie wchodzi w grę otwieranie okna
  2. łóżka z Ikei są fajne - ale jak 2 dorosłe osoby śpią na rozkładanym łóżku z metalowym stelażem, to choćby nie wiem, jak chciały, i tak ten stelaż będzie skrzypiał przy jakichkolwiek ruchach, przewracaniu się z boku na bok (nawet jak sami zainteresowani tego hałasu nie są świadomi). 
Malutki po prostu nas rozwala - intensywnością przemieszczania, płynnością podnoszenia się i wstawania, tym jak staje w łóżku, tym że zdarzało się że budził się, i zanim doszedłem do pokoju to sobie siedział w łóżeczku, albo leżał... dokładnie odwrotnie niż zwykle. Gada jak najęty, konwersuje, pięknie wykonuje coraz bardziej złożone polecenia. No i rozbraja swoim uśmiechem - na buźce w obecnej chwili pięknie opalonej :) 

środa, 25 kwietnia 2012

53. Rumień nagły i takie tam

Chyba się powtarzam, ale czas leci bardziej niż strasznie. Dopiero zauważyłem - pisałem prawie 2 tygodnie temu. Kiedy to zleciało?

W poprzedni (nie ostatni) weekend mieliśmy przemiłych gości - M. z żoną i malutką H., niespełna półroczną. Niby nasz Dominiś tak niedawno był malutki, ale człowiek zupełnie zapomina, jak taki szkrab kwili. Porównując H. z naszym synkiem - Dominiś jawi się jako duże dziecko, komunikatywne, potrafiące sporo powiedzieć, odpowiedzieć, wyrazić swoją wolę w jakiś tam zrozumiały dla nas sposób. A przy okazji - nauczyliśmy się dobrego drinka (rum + cola + lód + świeży sok z cytryny?), nazwy oczywiście zapomniałem. Mniam :) A później Natuszka powiedziała, że na zdjęciach ma buźkę czerwoną - no miała, jak każdy z nas (poza A. - żoną M., karmiącą - która prowadziła). Strasznie fajni ludzie, kapitalnie się z nimi spędza czas. Już kombinujemy rewizytę - długi weekend za pasem (choć urlopów nie bierzemy, szkoda dni). 

W piątek rano zmarł pan J. Przesympatyczny starszy człowiek, mąż dobrej przyjaciółki teściowej. Zdrowy człowiek, który nagle pół roku temu zachorował na raka. Sporo nadziei, pierwsza chemia... i równia pochyła. Zbyt słabe wyniki na dalsze leczenie. Poprawa ok. 2 tygodnie temu, niezrozumiała dla lekarzy, i zdecydowane pogorszenie w ostatnich dniach, które spędził już w hospicjum. Odszedł rano, przez sen. Jego żona, pani R., przeżywa wszystko bardzo mocno, robi dobrą minę do złej gry. Od tamtego dnia sporo przesiaduje u teściów - nie chce uciekać z ich mieszkania, ale zrozumiałe, jak jest jej ciężko. Strasznie nam jest jej żal. Tym bardziej, że obydwoje uwielbiali Dominisia. Pani R. opowiedziała historię, jak to - gdy pan J. już leżał w szpitalu - nikt nie wiedział, o jakim dziecku mówił chory, że posadzi mu kwiatki w ogrodzie i mały będzie się tam bawił; a chodziło o naszego Dominisia właśnie... Pan J. został pochowany wczoraj. 

Weekend był nieco dramatyczny. Dominiś już w czwartek zaczął gorączkować. Założyliśmy - zęby, na raz szły mu chyba ze 4, wszystkie z przodu u góry, w tym 1 i 2. W nocy z czwartku na piątek było widać, że będzie ciężko, biedak spać nie mógł. Termometr - nawet do 38,5 stopni. W dotyku - poliki i dziąsła były cieplejsze niż czoło. Natuszka poleciała do pracy, walczyć ze złem i występkiem, zaś ja - zaklepać kolejkę u lekarza, byłem pierwszy, po czym dziadki przywiozły małego. Pani doktor - bardzo miła, pomagała nam swego czasu w interpretacji badań na początku, kiedy Dominiś miał złe wyniki krwi - obejrzała. Wyglądało to dość komicznie, bo malutki zaczął ryczeć jak dziki już od drzwi gabinetu, zanim jeszcze zobaczył, do kogo i po co idziemy :) Ah, ta jego odwaga i pewność siebie - po kim on to ma? Jednym uchem słuchałem diagnozy, pani pisała po zbadaniu, a sam próbowałem okiełznać zarykującego się pierworodnego. Panikarz mały :) Oczywiście, wypluł smoczek, więc zaczęła mu do tego ślina z buzi lecieć, no i z noska. Pani stwierdziła, że mogą być to zęby, ale i rumień nagły/gorączka trzydniowa. Nic się nie da zrobić - objawowo leczyć, czyli na przemian ibum i paracetamol (syropki, żadnych czopków). W piątek i sobotę było słabo, gorączka wracała, w sumie dostawał leki co te dopuszczalne 6 h. Nieznośny przez to był, ale przecież to nie jego wina. W niedzielę zaczęło przechodzić - szukaliśmy na ciele wysypki, która miała się pojawić i potwierdzić, że był to ten cały rumień. Znaleźliśmy - w poniedziałek rano, więc się zgadzało. W niedzielę, mimo ślicznej pogody, przetrzymaliśmy go jeszcze w domku. 

Okazuje się, że radosny zakład pracy Natuszki jednak nie ma być likwidowany/reorganizowany. Pytanie - czy to dobrze, czy źle? 

Ładnie, ciepło, wiosennie - choć w poniedziałek pogoda była bardziej niż kuriozalna. Słońce, deszcz, wichura i grad. Niby kwiecień-plecień... ale bez przesady. Nie wiadomo za bardzo, jak się ubrać - rano chłodno, potem upały. Wygodniej - bo z leciutką spacerówką malutkiego - co tam, pochwalę się, Espiro City. Firma wyciągnęła wnioski z naszego zakupu - na stronie widać już dostępne tylko 3 kolory wózka, jak myśmy kupowali (3 tygodnie wstecz) było z 8 - oczywiście, w praktyce żadnego z tych, które nam się podobały, oczywiście. A do tego, wózek dostaliśmy o dobre 80 zł taniej niż podana na www producenta cena - dla mnie, bomba. My mamy ten pierwszy z góry - niebiesko-zielony. Dobra rada - to, jak wózek wygląda na zdjęciu, dość mało się ma do kolorów w realu. Chyba robili zdjęcia przy dość dziwnym i mocnym świetle. Ale jest naprawdę ładny, lekki (10 kg zamiast dotychczasowych 17 - progresja!), zwrotny i bardzo wygodny. Mankamenty pewnie się znajdą, może później? Poczytać można o nim tutaj (ale jak widzę, że ktoś pisze, że jest ciężki, to chyba nie widział ciężkiego wózka...). A do tego w komplecie osłonka na nogi i folia przeciwdeszczowa (dziwna dość, ale jest). My polecamy.

Mama podpytuje o prawne aspekty zasiłku chorobowego i świadczenia rehabilitacyjnego. Wczytałem się nieco, i słabo to wygląda... Zasiłek się mamie zaraz skończy, rehabilitacyjne dostanie najpewniej (da się nie dostać przy nowotworze? :/) - tylko po 3 m-cach otrzymywania go pracodawca może z nią rozwiązać umowę o pracę bez wypowiedzenia. Mama się podłamuje, trzeba będzie pokombinować. Naświetlanie jej zrobili w poniedziałek, czeka na wyniki i od razu ma ją przyjąć onkolog. Straszne to jest - co rusz naokoło ktoś zachorowuje, pan J. umarł... Trzeba być dobrej myśli, choć ciężko. 

Dobrze, że zbliża się długi weekend. Choć w kratkę - raz robota, raz wolne - to jednak zawsze lżej.

piątek, 13 kwietnia 2012

52. Poświątecznie

W piątek, wracając do domu, gromadziliśmy zapasy jedzeniowe. Okazało się, nie tak wcale dużo. No, przesadziliśmy trochę z ilością chleba. Odebraliśmy też ciasto, zamówione w warzywniaku pod domem - boski wręcz w smaku sernik. Pani się kłóciła - wróci pan po tę blachę za chwilę, nie da pan rady... Ja nie dam? Dałem, a co :)

W sobotę posprzątaliśmy - dobrze, że podłogi pomyte były niedawno. Od jakiegoś czasu zmieniliśmy system. Dominiś jakoś mniej spokojnie śpi w nocy - ząbki to jedno, ale chyba mu się śnią różne rzeczy też - i teraz jemy sobie rano bułeczkę i owocka utartego, a ok. 8:30-9:00 malutki zalega i śpi ok. 1,5 h. Więc sprzątanie i ew. pranie musi być tak między 7:30-8:30. Zwykle się udaje - zaleta niezbyt wielkiego mieszkania :) Jak Natuszka ulula go, to wycieramy kurze itp. Przygotowaliśmy sałatki - bo to mieliśmy, poza ciachem, zorganizować na święta. Całkiem sprawnie poszło. Szkoda, że śnieżyło straszliwie... Ze święconką poszedłem ja i pierworodny. Nie bardzo chciał w kościele siedzieć - pod zbyt dużym kątem ma oparcie w wózku, chciałby prosto siedzieć.

W Wielkanoc byliśmy na późnym śniadaniu, a właściwie tak posiedzieliśmy po prostu, u moich rodziców. Sympatycznie, stęsknili się za malutkim, a i mały zadowolony był, nie bał się i chętnie bawił. Pierwszy raz mogliśmy go zostawić, bawił się z ojcem albo moim bratem, i nawet nie zauważał, że nas obok nie było. Oczywiście, kazał się prowadzić za rączki po nowym i nieznanym mieszkaniu - najlepsza zabawa. Ale dziadek chętnie z nim chodził, w kółko po mieszkaniu. Obowiązkowo - łapkami bam bam w szybę w drzwiach balkonowych. Zawiesił się nieco przy drzwiach do kuchni, przeszklonych w większości - dziadek z jednej strony, on z drugiej, i tak sobie do siebie pukali. Od tamtej pory bacznie obserwuje wszystkie drzwi, z obu stron :) Mama, niestety, zmęczona, ciężko łapiąca oddech... Martwię się.

W poniedziałek poszliśmy do kościoła, gdzie po raz pierwszy wyciągnęliśmy Dominisia z wózka. Gaworzył, zaczepiał, Natuszka poszła z nim do dziadka posiedzieć, i w ogóle zachwycony tym, że mu nie karzą siedzieć w jednej pozycji całą godzinę. Ciężki jest - dopiero się przekonałem, gdy trzymałem go na rękach, a on się dość mocno wiercił. Później, ze szwagierką i mężem, do teściów, na rodzinny obiadek, ciacho i posiadówkę. Bardzo miło, siedzieliśmy aż malutki już zaczął dogorywać :)

W ten sposób, biorąc pod uwagę wykłady i praktyki, pełne w pracy spędziłem w tym tygodniu 2 dni. I dobrze, a co. Praktyki w poprzednim miejscu pracy, nawet w tym samym dziale - heh, jak za starych dobrych czasów. 

Nowy wózek - Espiro City - miał już być. Miał, bo okazało się, że producent nie raczył na swojej stronie poinformować, że na 7 kolorów, w jakich rzekomo wózek jest dostępny aż w 3. Oczywiście, dokładnie tych, które najmniej się nam podobały. W ogóle, żeby kupić w sklepie, obejrzeć dokładnie - a nie przez Allegro - skontaktowałem się ze sklepem z okolicy. Dziwna komunikacja, jakby ludziom nie bardzo zależało. W efekcie, wózka nie ma do dzisiaj - tzn. ma być na dzisiaj, po pracy jadę po niego. Zamiast czerwono-czarnego będzie granatowo-zielony. Ale sensowny, ze sprawdzonej firmy, z osłoną na nóżki, poduszeczką pod głowę i folią przeciwdeszczową. I mam nadzieję, że dzisiaj. Bo stary dogorywa - oderwało się drugie zapięcie przy osłonie na nóżki, więc z obu stron mamy gustowne, acz mało wytrzymałe agrafki. Jak tylko będzie nowy - wysyłamy stary kurierem do serwisu producenta, i mają tylko po cenie kuriera ponaprawiać wszystko. Na jesień, zimę czy nawet pod kątem drugiego maleństwa, w bliżej nieokreślonej przyszłości :) 

Dominiś od kilku dni samodzielnie podnosi się z leżenia na pleckach, w sensie - siada sam. Wstaje, podciągając się, sam już od dawna - a teraz to :)

Zła wiadomość z mamą... Rak płuca, ten nieoperowany dotąd, tego drugiego płuca, niestety nie jest operowalny. Tzn. jak to lekarz, ze śmiechem powiedział, że mogli by jej wyciąć, i od razu ją zakopać. W sumie, już nie ma sporego kawałka jednego płuca, a teraz jeszcze całe drugie? Czyli chemioterapia lub radioterapia ją czeka... Nigdy nie była przy kości, przez to wszystko schudła jeszcze - a tu taka perspektywa. Strasznie się martwię. Ale już w tygodniu ma wizytę u onkologa.

piątek, 6 kwietnia 2012

51. Przedświątecznie

Czas leci, i to gorzej niż masakrycznie.

Po bardzo pięknym poprzednim tygodniu, weekend - obowiązkowo - pod znakiem deszczu ze śniegiem i śniegu z akcentem na śnieg. W sobotę nie wystawialiśmy z Dominisiem głowy z domu - Natuszka tylko z teściową pojechały do fryzjera. Teściowa do dzisiaj nie może przeżyć, że fryzjerka (w jej mniemaniu) zbyt przycięła jej grzywkę - z czym cała reszta rodziny wcale się nie zgadza, wygląda fajnie, po prostu inaczej. 

W niedzielę zapakowaliśmy młodego i pojechaliśmy do kościoła z nim, pierwszy raz po jego przeziębieniu. Trochę nerwowy był, ale sporych rozmiarów palma, nabyta drogą kupna w Biedronce, zrobiła swoje, przyciągała uwagę i pierworodny nie szalał tak strasznie. 

W pracy byłem w sumie tak naprawdę tylko w poniedziałek, wczoraj i dzisiaj. We wtorek po wykładach w sumie dość krótko byłem w pracy, a w środę - wcale - bo zamiast pracy udało mi się wytargować z szefem, że pojadę na szkolenie ze zmian w KPC. Czasowo wyszło tak samo, nawet byłem w domu nieco wcześniej niż jak bym z pracy wrócił - a ciekawie mocno. Natomiast w sumie siedzenie i myślenie non stop od 8 do 19 to trochę długo. Męcząco, ale owocnie.

Dzisiaj już taki chillout. Pierwsza wtopa - rano na przystanku, stoimy bluzgając w duchu na spóźniający się autobus... który się nie spóźniał, tylko jechał wg rozkładu w dni wolne od nauki szkolnej, więc kilka minut później. Ale już w komunikacji - luźniej jakoś, spokojniej. Wszyscy jakby na zwolnionych obrotach. W pracy spokojnie, był czas na kilka rzeczy, na które normalnie tego czasu brakowało. I dobrze.

Niewiele musimy zrobić na święta - mamy zamówione ciasta, do odebrania dzisiaj (bardzo dobry serniczek, mniam). W niedzielę - na tzw. śniadanie wielkanocne jedziemy do moich rodziców, zobaczymy jak się zbierzemy. A w poniedziałek - do teściów, więc zostajemy "na dzielni". Pościbolimy jakieś sałatki, weźmiemy ciasto - chyba nikt nie nastawia się na jakieś wielkie obżarstwa jako cel tych świąt. Sprzątania gigantycznego nie planujemy - można by umyć okna od wewnątrz (myliśmy niedawno całe, jednak Dominiś z lubością je obmacuje i puka w nie łapkami, więc są dosłownie całe od środka umazane), ale zobaczymy. A, pranie wypadało by zrobić - a pogoda mogła by pomóc z suszeniem...

Wszystkim, którzy - mniej lub bardziej sporadycznie - zaglądają tutaj życzymy, aby te Święta były czasem wewnętrznego uspokojenia i wyhamowania, spędzonym w gronie najbliższych i kochanych osób, czasem na nadrabianie zaległości i cieszenie się sobą nawzajem; aby napełnił nasze serca pokojem i nadzieją.